piątek, 31 grudnia 2010

Z Korei ciąg dalszy - ale już nie z Korei :-)

Zapuściłem się w niepisaniu. To fakt. Ale po mojej stronie stoi z kolei inny fakt, którym jest zlewający się w jeden, nieróżniący się prawie niczym od poprzedniego, niepostrzeżenie upływający dzień za dniem. Praca – bieganie - spanie (jedzenie, w większym lub jeszcze większym stopniu też gdzieś się tam odbywa pomiędzy tymi trzema, ale że jest ono nieregularnie ciągłe, toteż nie zasługuje na wzmiankowanie). Więc w miarę możliwości można nadrobić, dogonić ubiegłe wspomnienia, cofając się jedynie do kilku ostatnich dni. Gdyż te wszystkie wcześniejsze wyglądały podobnie (te kilka ostatnich dni, o których tu mowa, upłynęło ponad miesiąc temu – słowa te właśnie edytuję będąc już na drugim końcu świata na zupełnie już innym statku ostatniego dnia roku – może mi się uda ukończyć ten wpis zanim zacznie się nowy rok).

Ale wracając do topiku, czyli mojej pracy w Korei, to muszę z zachwytem stwierdzić, że stocznia Daewoo Shipbuilding and Marine Engineering, w skrócie DSME, trzecia pod względem wielkości na świecie (dwie pierwsze znajdują się też w Korei, jedna nawet na tej samej wyspie) rzuca na kolana ogromną ilością niesamowitych rzeczy. Wszystkich tutaj nie da się opisać, postaram się natomiast przybliżyć trzy może cztery, które mnie najbardziej utkwiły w pamięci.

Przede wszystkim rozmach i ogrom, z którym człowiek się spotykał zaraz po przekroczeniu bramy wjazdowej na teren stoczni, kiedy to mrowie stoczniowych autobusów zwoziło setkami pracowników z pobliskich miejscowości. O porannych i wieczornych godzinach, kiedy to zaczynał i kończył się dzień pracy, te autobusy królowały na okolicznych drogach. Ale po przejechaniu przez bramę, trudno było się domyśleć, że jest się już na terenie stoczni. Najpierw jechało się wzdłuż ciągów budynków biurowych, następnie różnych magazynów i warsztatów, a dopiero po którymś zakręcie autobus wyjeżdżał na drogę prowadzącą obok niezabudowanych rozległych betonowych powierzchni, gdzie składowano gotowe stalowe sekcje statków. A nad tym otwartym magazynem stalowych klocków, z których później składano całe statki, górowały wysokie krany i potężne dźwigi. Przy nadbrzeżach zaś stały zacumowane kadłuby statków, niektóre z nich prawie na ukończeniu, inne właśnie zostały zwodowane. A nad każdym z nich poruszały się wysokie, wyższe od statków, stalowe żurawie, które nie ustawały w transportowaniu części i sprzętu na pokłady budowanych jednostek. Jednak największe dźwigi znajdowały się na wodzie, na masywnych, pływających barkach, które potrafiły unosić z nadbrzeża całe nadbudówki i instalować je na kadłubach statków. Barki te były przemieszczane za pomocą holowników, zaś w ostatecznej fazie operacji opuszczania, kiedy jest wymagana szczególna precyzja, bardzo dokładnie pozycjonowały się same przy pomocy swoich wcześniej rzuconych kotwic i lin cumowniczych przymocowanych do nadbrzeża lub innych jednostek. Statki budowano również w czterech wielkich suchych dokach oraz kilku pływających. Te pierwsze wyglądały jak potężne baseny leżące tuż nad wodą od której dzieliła je tylko ruchoma śluza. Mogły pomieścić na raz kilka jednostek i kiedy prace nad nimi miały się ku końcowi, doki napełniano wodą i nowe statki odholowywano i cumowano do nadbrzeży. Statki konstruowano też na pływających dokach, które z kolei zanurzano, gdy projekty były na finiszu. Infrastruktura tej stoczni była niesamowita.
Nasz ofis był ulokowany w budynku biurowym MO#2, który leżał prawie dokładnie po przeciwległej stronie od miejsca, gdzie znajdowały się apartamenty, w których spaliśmy. Po stoczni poruszaliśmy się rowerami dostarczonymi w tym celu przez naszą kompanie - był to podstawowy środek transportu wszystkich pracowników stoczni. Nasze biuro od statku dzielił dystans, w zależności od trasy i chęci, dziesięciu do piętnastu minut pedałowania. Carolina, bo tak nazywa się nasza szóstej generacji długa na dwieście metrów wiertarka, stała przycumowana do ostatniego, niedawno postawionego pirsu, przy którym cumowało jeszcze kilka innych statków i platform wiertniczych. Takich pirsów było więcej, wszystkie zostały zbudowane promieniście, wzdłuż półksiężycowego nadbrzeża, w kierunku środka małej, pełnej ruchliwych holowników i pływających dźwigów, zatoczki, zamkniętej od strony morza długim falochronem, przy której rozłożyła się stocznia. Wyprawa rowerowa na drugi koniec stoczni i z powrotem zajmowała ponad godzinę.

Drugą rzeczą zapadającą w pamięć jest organizacja. Do zbudowania takiej ilości przeróżnych typów statków i okrętów nie wystarczy jeno historia, pasja i Solidarność. Tu trzeba czegoś więcej. Od momentu rozpoczęcia projektowania, poprzez cięcie stali, spawania kadłubów, wodowania i uzbrajania statków, wszystko dzieje się zgodnie z planem, wszystko jest na miejscu i o czasie. Wydaje mi się, że taką organizację, taki poziom zarządzania i planowania Koreańczycy osiągnęli przed wszystkim dzięki swojej mentalności, swojemu pojmowaniu świata. To nie są jacyś niezwykli herosi pracy, jacyś bohaterowie z azjatyckich bajek, ale zwykli ludzie tak ja ty czy ja, których jednak, w przeciwieństwie od nas, charakteryzuje przede wszystkim pokora (samo słowo pokora tu nie wystarczy, powinienem napisać wielka pokora), posłuszeństwo i oddanie sprawie. Przez cztery tygodnie pracy na stoczni, nie widziałem nigdy aby ktoś na kogoś podniósł głos, ktoś kogoś beształ, napastował, gniewał się. Widziałem zaś ułożenie, organizację i pracę. Wspólną pracę, wspólną drogę, wspólne posiłki. Wśród sprzątaczy, elektryków, spawaczy, kierowców stoczniowej floty autobusów, inspektorów bezpieczeństwa pracy, projektantów, czy kierownictwa. Mrowisko. Zgodnie działające mrowisko świadome swojej wielkości.

Czystość. Jedna z wielu rzeczy, którymi zachwycaliśmy się my wszyscy, kontraktowi pracownicy z krajów Europy, Ameryki, Południowej Afryki, czyli z krajów powszechnie uważanych za schludne. (Pracownicy kontraktowi w języku angielskim określani się jednym słowem – expatriates, po polsku to będą ekspatrianci). Na statku, w magazynach, w biurach, na drogach, po prostu wszędzie był porządek i wszędzie dbano o czystość. Aby utrzymać ten wielki przemysł w takim ordynku służba porządkowa musiała być niesamowicie zorganizowana i sprawna. Drogami stoczniowymi, liczonych w kilometrach, co i rusz jeździły samochody-sprzątaczki, zaś biura, magazyny, warsztaty i statki były codziennie, poza weekendami, sprzątane. Ale to nie tylko dzięki służbie porządkowej było tu jak z innej bajki. Widziałem u wielu zwykłych pracowników stoczniowych niesamowitą dbałość o porządek i czystość własnego miejsca pracy. Na przykład, przed zakładaniem paneli podłogowych w korytarzu na mostku, czyli w miejscu, do którego nikt przez lata nie będzie zaglądał, wybierano pozostałości po spawaniu, z pomiędzy wszechobecnych kabli zbierano plastikowe odpadki, odkurzano brud. W moim osobistym odczuciu to wszystko dawało do zrozumienia, że Koreańczycy mają porządek we krwi. Bo nawet poza stocznią, miasto, hotel, czy park były staranie utrzymane. Podejrzewam, że i pozostałe stocznie koreańskie wyglądały i działały w podobny sposób. A wystarczyło pojechać na stocznie do innego kraju, aby się przekonać o wielkości różnic panujących pomiędzy nimi.

Kultura pracy. Czy jest ktoś z was sobie w stanie wyobrazić aby w polskiej stoczni pracowały kobiety na dowolnych stanowiskach i w dowolnych ilościach, bez żadnych półsłówek, półznaczeń i półgestów ze strony polskich stoczniowych dżentelmenów? (Tak swoją drogą, czy stoczniowy dżentelmen to stwierdzenie samowykluczające się?). Ja, jako przybysz z chrześcijańskiego kraju, gdzie skrętne słowo z języka włoskiego, funkcjonuje w powszechnym użyciu całego narodu jako przecinek, czy to na rodzimej ziemi pomiędzy Bałtykiem a Tatrami, czy też za granicą wszędzie tam, gdzie dotarli moi krajanie, byłem chyba najbardziej zauroczony wzajemnym szacunkiem Koreańczyków do siebie nawzajem. Nie rozumiałem ich języka, ale wystarczyło ich tylko obserwować i z nimi przebywać, by zauważyć, że ten szacunek i wzajemny respekt, jest w użyciu codziennie, obdarzają się nim zawsze, wszędzie i w dowolnych ilościach. Kobiety, a widziałem to na własne oczy na moim statku, sprzątały, malowały i elektryzowały, od mostku aż po zbiorniki balastowe. Spotykałem je wszędzie. A to jest bardzo miłe, gdy jest się świadkiem, kiedy obie płcie potrafią ze sobą, w stoczniowym środowisku pracy, współdziałać. Zwłaszcza, gdy przebywało się, tak jak ja podczas pracy w ofisie, wśród zwierzaków wiertaczy z Wielkiej B., zawsze skacowanych, ciągle opowiadających o dupczeniu, którym głowy wciąż i wciąż urywały szyje, gdy obracały się za każdą przechodzącymi nieopodal nogami nienależącymi do mężczyzny.

A o samym miasteczku Okpo, miejscach i ludziach, opowiem w następnym poście.

Z Korei ciąg dalszy - zdjęcia.


Stocznia. Widok z MO#1 (Main Office #1), blisko bramy głównej.

Widok od strony najdalszej bramy, z górki, na którą zwożono złom i odpadki.

Widok na stocznie od strony miasta, zrobione z autokaru podczas drogi do pracy.

Czystość przede wszystkim.

Pływający dźwig na barce.

Inspekcja zbiornika.

Kobieta pracująca 1.

Kobieta pracująca 2.

Kobieta pracująca 3 (widzisz?).

Kobieta pracująca 4.

środa, 27 października 2010

Koreański powrót do blogowania.

Właśnie dzieje się historia, albowiem to mój pierwszy po latach post. Przyjaciółka Wioleta, która wkrótce wyjeżdża do Ruandy na trzymiesięczną misje, niedawno umieściła swój pierwszy wpis na blogu Wioleta w Afryce. A mieliśmy umowę, gdy Wioleta zacznie pisać to i ja jej kroku dotrzymam. Oto więc teraz wywiązuję się z danego słowa.

Dziś dotarłem do Korei, do miasto Okpo, gdzie buduje się platforma wydobywcza na której przyjdzie mi kiedyś pracować. Po ponad 21 godzinach w powietrzu i na lotniskach, po ponad 2 godzinach jazdy busem oto jestem na miejscu. Ulokowano mnie w mieszkaniu w apartamentowcu specjalnie zbudowanym dla ekspatriantów. Mieszkanie, na pierwszy i luźny rzut okiem, jest większe od tego własnego, w którym mieszkam na stałe w kraju.

Jutro o 6:15 ruszam do pracy. Znaczy czasu na sen bardzo mało, ale cóż, to chyba jedyny sposób aby pokonać jet-laga, czyli zespół nagłej zmiany strefy czasowej. A sam jestem ciekawy jak ta praca będzie w ogóle wyglądała, gdyż jak już wspomniałem, platforma jest jeszcze w budowie w stoczni Daewoo i według informacji, które znalazłem na Internecie, będzie gotowa do oddania dopiero w przyszłym roku.

I oto kilka fotek z ostatnich chwil:

Zaraz ruszam.

Lot nad Warszawskim gniazdem.


Kolej podziemna łącząca dwa terminale w Incheon.

W drodze do Okpo.

Moja nowa kabina :-)