23.11.07, Ijmuiden, N 5, 1006.
Podobnie jak wczesniej tak i teraz nie zamknalem wszystkich waznych spraw przed wyjazdem na statek. Oraz nie wyspalem sie. A ja bardzo nie lubie podrozowac do pracy zmeczony. Krotka drzemka w samolocie, jezeli pomaga to tylko na chwile, ale zazwyczaj jej efektem jest jeszcze wieksze rozespanie i zmeczenie. Na lotnisku bylem nawet calkiem wczesnie, co mi sie raczej nie zdarza, gdyz zwykle wpadam na ostatnia chwile. Tym razem wszytko poszlo calkiem nietypowo, bo sprawnie. Nawet bramki prowadzace do samolotow byly jeszcze zamkniete gdy ja juz krecilem sie po strefie wolnoclowej. Lot do Amsterdamu raczej nie zapisal sie w mojej pamieci a to dlatego, ze glownie spalem. Po wyladowaniu rozgladalem sie troche za jakas torba podrozna ale po bezowocnych poszukiwaniach udalem sie do meeting pointu, gdzie spootkalem agenta i ludzi z podmiany.
Mialo wtedy miejsce prawie bardzo nieszczesliwe zdarzenie wynikajace z nieporozumienia i zbiegu okolicznosci, a mianowicie, gdy czekalismy na reszte ludzi, obok nas dwoch policjantow prowadzilo jakiegos rozspiewanego luzaka. Wlasnie wtedy podszedl do mnie surowy i prosty bosman rodem z Anglii i pokazujac palcem za siebie w strone policjantow prowadzacych wesolka powiedzial, ze oto jest kapitan. O malo co nie wybuchnalem smiechem i o malo co nie rzucilem jakims dowcipem odpowiednio traktujacym takiego kapitana, gdy nagle pomyslalem sobie, ze bosman raczej nie ma az takiego poczucia humoru by nazywac spiewakow lotniskowych kapitanami. Ta chwila zastanowienia uratowala mnie przed kompromitacja, gdyz okazalo sie, ze i owszem kapitan jest, lecz to nie ten ktory kroczy pomiedzy dwoma policjantami, ale to cichy i troce przy sobie Anglik, jeden z naszej grupy czekajacych na transport, ktory akurat stal w poblizu przechodzacych policjantow. Glupio tak by mi bylo na samym poczatku mojego kontraktu nasmiewac sie z dowodcy. A nie jestem pewien, czy dotarloby do niego moje tlumaczenie.
Busem pojechalo nas tylko 8, reszta czekala na nastepny transport, ktory mial przyjechac godzine pozniej. Nas zas zabrano do hotelu Holiday Inn gdzie zjedlismy calkiem smaczne i obfite sniadanie. Potem czekajac na dalsza czesc transportu na statek wyszedlem z hotelu by zrobic pare zdjec. Okazalo sie, ze hotel lezy tuz nad marina, w ktorej stalo nawet sporo jachtow, oraz posrod wydm i bunkrow z czasow II Wojny Swiatowej. Na dodatek wchodzil nasz statek do portu wiec udalo mi sie strzelic pare fajnych fotek. Niedlugo pozniej zabrano nas do urzedu imigracyjnego i dalej na shipa. Przy trapie spotkalem czterech naszych polskich matrosow, ale oni akurat wracali do domu. A szkoda, bo rowne chlopaki, gdy bylem na statku pierwszy raz w te wakacje, to relacje mielismy calkiem udana, bylo smiesznie i wesolo.
Gdy wszedlem na burte po trapie to poczulem sie tak, jakbym nigdy sie stad nie ruszal. Bagaz zostawilem w korytarzu i poszedlem na mostek witajac sie po drodze z medykiem Andym, Holendrem, ktory rowniez zjezdzal tego samego dnia (ten to przynajmniej mial niedaleko do domu). A na mostku pelno ludu bo lacznie dwie obsady: nowa, ktora wlasnie przyjechala, i stara, jadaca do domow, oraz moj kumpel ze studiow. I od razu zrobilo sie wesolo. Do kompletu brakowalo tylko dwoch czesci, a mianowicie nowego chiefa, ktory mial przyjechac jako ostatni z powodu opznienia samolotu, oraz bagazu, ktory to nalezal do nowego kucharza i zagubil sie gdzies na lotnisku.
Wstepnie mielismy plynac tego samego dnia wieczorem, jednak pogoda zmusila nas bysmy przelozyli wyjscie w morze az do poniedzialku, co mi bylo calkiem na reke a to dlatego, ze takie niespieszne wdrazanie sie w obowiazki jest jak najbardziej wskazane. Poza tym moje niewyspanie dawalo sie mi mocno we znaki i pod koniec dwunastogodzinnej wachty, mimo krotkiej acz intensywnej drzemki odbytej po przyjezdzie, przybijalem juz gwozdzia na stojaco. Przed szosta przyszedl moj zmiennik szalony szkot Mike, ja zas polprzytomnie dobilem do kabiny i momentalnie usnalem.
Podobnie jak wczesniej tak i teraz nie zamknalem wszystkich waznych spraw przed wyjazdem na statek. Oraz nie wyspalem sie. A ja bardzo nie lubie podrozowac do pracy zmeczony. Krotka drzemka w samolocie, jezeli pomaga to tylko na chwile, ale zazwyczaj jej efektem jest jeszcze wieksze rozespanie i zmeczenie. Na lotnisku bylem nawet calkiem wczesnie, co mi sie raczej nie zdarza, gdyz zwykle wpadam na ostatnia chwile. Tym razem wszytko poszlo calkiem nietypowo, bo sprawnie. Nawet bramki prowadzace do samolotow byly jeszcze zamkniete gdy ja juz krecilem sie po strefie wolnoclowej. Lot do Amsterdamu raczej nie zapisal sie w mojej pamieci a to dlatego, ze glownie spalem. Po wyladowaniu rozgladalem sie troche za jakas torba podrozna ale po bezowocnych poszukiwaniach udalem sie do meeting pointu, gdzie spootkalem agenta i ludzi z podmiany.
Mialo wtedy miejsce prawie bardzo nieszczesliwe zdarzenie wynikajace z nieporozumienia i zbiegu okolicznosci, a mianowicie, gdy czekalismy na reszte ludzi, obok nas dwoch policjantow prowadzilo jakiegos rozspiewanego luzaka. Wlasnie wtedy podszedl do mnie surowy i prosty bosman rodem z Anglii i pokazujac palcem za siebie w strone policjantow prowadzacych wesolka powiedzial, ze oto jest kapitan. O malo co nie wybuchnalem smiechem i o malo co nie rzucilem jakims dowcipem odpowiednio traktujacym takiego kapitana, gdy nagle pomyslalem sobie, ze bosman raczej nie ma az takiego poczucia humoru by nazywac spiewakow lotniskowych kapitanami. Ta chwila zastanowienia uratowala mnie przed kompromitacja, gdyz okazalo sie, ze i owszem kapitan jest, lecz to nie ten ktory kroczy pomiedzy dwoma policjantami, ale to cichy i troce przy sobie Anglik, jeden z naszej grupy czekajacych na transport, ktory akurat stal w poblizu przechodzacych policjantow. Glupio tak by mi bylo na samym poczatku mojego kontraktu nasmiewac sie z dowodcy. A nie jestem pewien, czy dotarloby do niego moje tlumaczenie.
Busem pojechalo nas tylko 8, reszta czekala na nastepny transport, ktory mial przyjechac godzine pozniej. Nas zas zabrano do hotelu Holiday Inn gdzie zjedlismy calkiem smaczne i obfite sniadanie. Potem czekajac na dalsza czesc transportu na statek wyszedlem z hotelu by zrobic pare zdjec. Okazalo sie, ze hotel lezy tuz nad marina, w ktorej stalo nawet sporo jachtow, oraz posrod wydm i bunkrow z czasow II Wojny Swiatowej. Na dodatek wchodzil nasz statek do portu wiec udalo mi sie strzelic pare fajnych fotek. Niedlugo pozniej zabrano nas do urzedu imigracyjnego i dalej na shipa. Przy trapie spotkalem czterech naszych polskich matrosow, ale oni akurat wracali do domu. A szkoda, bo rowne chlopaki, gdy bylem na statku pierwszy raz w te wakacje, to relacje mielismy calkiem udana, bylo smiesznie i wesolo.
Gdy wszedlem na burte po trapie to poczulem sie tak, jakbym nigdy sie stad nie ruszal. Bagaz zostawilem w korytarzu i poszedlem na mostek witajac sie po drodze z medykiem Andym, Holendrem, ktory rowniez zjezdzal tego samego dnia (ten to przynajmniej mial niedaleko do domu). A na mostku pelno ludu bo lacznie dwie obsady: nowa, ktora wlasnie przyjechala, i stara, jadaca do domow, oraz moj kumpel ze studiow. I od razu zrobilo sie wesolo. Do kompletu brakowalo tylko dwoch czesci, a mianowicie nowego chiefa, ktory mial przyjechac jako ostatni z powodu opznienia samolotu, oraz bagazu, ktory to nalezal do nowego kucharza i zagubil sie gdzies na lotnisku.
Wstepnie mielismy plynac tego samego dnia wieczorem, jednak pogoda zmusila nas bysmy przelozyli wyjscie w morze az do poniedzialku, co mi bylo calkiem na reke a to dlatego, ze takie niespieszne wdrazanie sie w obowiazki jest jak najbardziej wskazane. Poza tym moje niewyspanie dawalo sie mi mocno we znaki i pod koniec dwunastogodzinnej wachty, mimo krotkiej acz intensywnej drzemki odbytej po przyjezdzie, przybijalem juz gwozdzia na stojaco. Przed szosta przyszedl moj zmiennik szalony szkot Mike, ja zas polprzytomnie dobilem do kabiny i momentalnie usnalem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz