środa, 13 lipca 2011

Czwartek, 16.12.2010.

Mój pobyt w Brazylii od samego początku był naznaczony piętnem przygód. A owe nie zawsze były miłe, właściwie najczęściej były zupełnie mało przygodowe.  Chyba najlepszym ich opisem zawartym w jednym zdaniu, będzie usłyszane kiedyś od Amerykanów pracujących przy wynoszeniu satelitów na orbitę okołoziemską stwierdzenie, że to nie były problemy – bo tak kiedyś bym nazwał te moje przygody - lecz sposobności do znalezienia rozwiązania w zaistniałej i niedogodnej sytuacji.

Samolot lądował o wyznaczonym czasie na międzynarodowym w Rio, lecz cóż z tego, gdy przyszło mi potem czekać przez cały ranek na kierowcę, który miał mnie zabrać do Macaé. Próbowałem się skontaktować z firmą, lecz kobieta, która organizowała mi przelot i transport, zupełnie nie wiedziała co powiedzieć, mieszała się w tłumaczeniach, że to nie to lotnisko, że to nie ta firma transportowa, że samochód z kierowcą już jedzie i będzie na miejscu za dwadzieścia minut. Zaś gość z firmy transportowej, mówił że on żadnego zlecenia tego dnia na lotnisko nie ma. I klapa. Po godzinie czekania na hali przylotów, gdy na ławce obok usiadła zapłakana dziewczyna, stwierdziłem, że czas działać. Zapytałem, czy mogę w czymś pomóc. Panna właśnie zaczynała swoją przygodę na Południowoamerykańskim kontynencie i zupełnie tak jak ja, zaczynała od przygody – zagubiono jej bagaż, a właściwe Brytyjskie Linie Lotnicze nie zapakowały jej bagażu w Londynie na samolot i tenże bagaż wciąż się znajdował w miejscu, z którego dawno powinien był odlecieć, zaś koleżanka, z która zapłakana panna miała podróżować, wciąż była w powietrzu i lądować w Rio miała dopiero za całe trzy godziny. Miarę całej jej nowej przygody dopełnił brak ukochanego, który został na starym kontynencie, także typowo kobieca reakcja rozładowująca stres, czyli łzy w miejscu publicznym, w tym wypadku wydawała się jak najbardziej na miejscu.

Poszliśmy na górne piętro na kawę do ruchliwej, żywej i krzykliwej kafejki – takiego miejsca chyba tej mojej pannie naprawdę trzeba było, gdyż się całkiem uspokoiła i nawet rozgadała – w sumie naprawdę miło rozmawialiśmy o backpackingu oraz różnych uroczych miejscach i przygodach, mniej lub jeszcze mniej przyjemnie w nich przeżytych.

Mój kierowca dotarł dopiero po dwóch godzinach, ale chyba całym tym spóźnieniem się zupełnie nie przejął, gdyż złapałem go, kiedy właśnie sobie wychodził z sali przylotów kierując się na parking do swojego samochodu. W korkach w Rio staliśmy dobrze ponad godzinę, zaś przed Macaé gość zgubił drogę dwa razy. Nie dość, że nie mówił słowa po angielsku, to jeszcze nie miał pojęcia jak ani dokąd jechać. A mapa była oczywiście rzeczą jak najbardziej niepotrzebną w samochodzie, przecież zawsze się można kogoś zapytać o drogę. I tak, zanim dotarliśmy do polikliniki, gdzie miałem zrobić badania na brazylijski certyfikat zdrowia niezbędny dla pracowników pracujących w ofszorze, spędziliśmy jeżdżąc w te i na zad po Macaé, pytając się przechodniów o drogę, dobrą godzinę. W sumie w klinice byliśmy po 12 godzinie i próbek krwi już zaprzestano pobierać, trzeba było nam się udać do innej kliniki, potem wrócić i dopiero zacząć robić wszystkie pozostałe badania, ale dopiero gdy skończy się wszechobowiązująca przerwa na lunch, czyli po 14 godzinie. A kolejka do badań była długa jak za dawnych czasów PRL. Szczęściem moje nerwy zostały uratowane i uspokojone przez dwa wydarzenia. Pysznym mięsnym posiłkiem, moim pierwszym po przylocie do Brazylii, w bardzo fajnej restauracji oraz przeuroczą dziewczyną, która pojawiła się w klinice po odbiór swoich badania i przy okazji, jako jedyna mówiąca po angielsku w okolicy, pomogła mi dogadać się z recepcją i wyklarować całą moją sytuację.

Do miłego hotelu, w którym miałem spędzić noc, znajdującego się nad uroczą plażą, a którego położenia kierowca również nie znał, dotarłem grubo po 16 godzinie. Mimo straconego czasu i niezwiedzonego miasta, fantastyczny zachód słońca, piwko i dobra kolacja zrobiły swoje – poszedłem spać jak dziecko.

Brak komentarzy: