środa, 13 lipca 2011

Piątek, 17.12.2010.

Niestety. Ten dzień nie zaczął się wcale lepiej niż poprzedni. Mój wczesno poranny pobyt na policji imigracyjnej, poprzedzony czterdziestominutowym szukaniem posterunku (oczywiście!), okazał się niepotrzebny, albowiem, aby aktywować na dwa lata moją brazylijską wizę, najpierw powinienem był się udać do innego biura, gdzie zajmują się kolekcjonowaniem wszystkich niezbędnych dokumentów przed zaniesieniem ich na policję. Koniec końców udało mi się wszytko załatwić, i do hotelu wróciłem godzinę przed wyrejestrowaniem. Zjadłem jeszcze dobry lancz i pojechałem do biura firmy, czyli mojego pracodawcy.

W tym miejscu, zanim wejdę do biura, wrócę jeszcze na chwilę na posterunek policji imigracyjnej, aby opisać krótko pewne zdarzenie, które wydaj mi się, wiele mówi o zachowaniu i traktowaniu reszty świata przez naszych przyjaciół zza wielkiej wody. A mianowicie gdy czekałem przy kontuarze aby zostać obsłużonym przez brazylijskich oficjeli, nagle do pomieszczenia wszedł młody chłopak, stanął obok mnie, poczekał dosłownie chwilę i zaraz zaczął pukać w ladę i krzyczeć po angielsku z typowym dla jankesów południowym akcentem: halo, jest tam kto? Kołomnie stał młody, zniecierpliwiony, pępek świata. Po chwili za drzwi wyszedł w miarę młody Brazylijczyk i nie podchodząc nawet do lady, stając na środku obszernego pomieszczenia służbowego i wskazując palcem na Jankes zapytał się płynną angielszczyzną: masz jakiś problem, koleś? Przestań walić i k…a grzecznie poczekaj, zrozumiałeś? Ku zatrwożeniu Amerykanina to początkowo uprzejme pytanie jednak szybko nabierało na sile i donośności i zakończywszy się wykrzyczaną retoryką nie zostawiało żadnej możliwości na odpowiedź. Młody Amerykanin wybałuszył oczy, kiwnął niezdecydowanie głową „OK” i powoli odszedł usiadłszy na krześle pod obdrapaną ścianą, zaś pełna poczekalnia klientów śledziła go w ciszy i skupieniu. Młoda twarz wyrażała całkowite zaskoczenie i niezrozumienie: jak to? To można na mnie krzyczeć?

W biurze mojego pracodawcy akurat trafiłem na imprezę wigilijną, na którą między innymi składało się z losowanie prezentów. Wszyscy pracownicy zgromadzili się w jednej z sal konferencyjnych i wśród krzyku i śmiechu co i rusz któryś wychodził z pakunkiem. W sumie to powinienem był napisać któraś, bo ilość dziewczyn tam pracujących był porażająca! Po odnalezieniu menadżera podpisałem kontrakt, dwie kopie, wypełniłem papiery na kolejne brazylijskie świadectwo, odbyłem krótkie badania z kompanijnym lekarzem, dostałem od samego szefa notę o podwyżce i ruszyłem z powrotem do Rio, gdzie miałem spędzić jedną noc by następnego dnia w południe udać się na heliport i finalnie dotrzeć na statek.

Droga do Rio cała w korkach, samo Rio już stało. Dotarłem do hotelu tuż przed zachodem słońca, po czterech godzinach jazdy, dwóch właściwie, bo dwie staliśmy, więc nici wyszły ze spaceru po pięknej plaży Barra, nad którą znajdował się hotel. Dostałem pokój na ósmym piętrze i poza ładnym widokiem na plażę, morze i wysepki, miał inną fajną rzecz – szybkiego neta. Na mapach googla zlokalizowałem się i jako tako poznałem okolicę, zaś od recepcjonistów otrzymałem wytyczne do pobliskiej barowej ulicy. Rzeczywiście, było tam całkiem tłoczno, muzycznie i piwnie, jednak mój wieczorny spacer skończył się na wizycie przy bankomacie, znajdującym się aż na końcu ulicy, jednym jedynym piwie w barze, gdzie wszystkie stoliki stały na chodniku lecz nie było przy nich wolnego miejsca, i bardzo szybkim powrotem do hotelu, gdyż zjedzona na kolację ośmiornica, opiekana w szpinaku (dlatego się na nią skusiłem) i w czymś tam jeszcze, brała odwet na moich kiszkach, które te chciały się pozbyć napastnika.

Ot, jak widać Brazylia nie witała mnie łaskawie, tak jak to zwykło się było o niej słychać, ale uczyła mnie cierpliwości i wytrwałości.

Brak komentarzy: