środa, 13 lipca 2011

Niedziela 19.12.2010.

Śpię w kabinie na pokładzie trzecim, dwa pokłady poniżej mostku. Kabinę dzielę z drugim oficerem wachtowym – Jakubem, absolwentem tej samej szkoły morskiej. Kuba studiował rok niżej niż ja, więc można powiedzieć, że znaliśmy się z widzenia. Na statku wołali go z angielska - Jackob, a że to imię wszystkim kojarzyło się z postacią biblijną, więc najczęściej zaraz po pytaniu o imię szło w parze drugie pytanie: czy Kuba jest żydem? Oczywiście temat został bardzo szybko podłapany przez ekipę mostkową i Kuba stał się Izaakiem. I było wesoło.

Oprócz Izaaka za oficerów pływali również Szkot Bruce, zwany Masterem Lee, oraz wiekowy, niski ale dobrze trzymający się miłośnik siłowni Bob, przez wszystkich nazywany Boby. Boby był anglikiem i miał w zwyczaju dużo mówić, opowiadać i komentować, zaś jego zmiennik, Master Lee, ciut młodszy, był śmiesznym, dowcipnym kompanem. Mieszkał w Południowej Afryce i na zimę właśnie sobie zabukował dwutygodniowy pobyt na nartach w Austrii. Wszyscy z trzech wyżej tu przedstawionych mieli wspólne hobby, godzinne (lub nawet dłuższe) spacery po helideku, w zależności od godzin pracy, odbywane przed lub po wachcie, byle by było w słońcu (dni niesłonecznych było tak mało, że nawet nie warto o nich tutaj wspominać). Warto jeszcze przedstawić kapitana, który tutaj nazywany był OIM, czyli Offshore Installation Manager. Był to wysoki, silny Łotysz (prawie dłoń mi wyrwał podczas przywitania), o imieniu trudnym do zapamiętania. Jego ojciec był Polakiem, dlatego kapitan trochę rozumiał nasz język. Poza angielskim rzecz jasna mówił po rosyjsku i łotewsku. Ale jak się wkrótce dowiedziałem, to nie była norma, bo na przykład młody mechanik, też Łotysz, znał tylko rosyjski i angielski, zaś z łotewskim był na bakier. Krótki Hugh był asystentem Rig Managera, szefa wszystkich szefów, ale że miał największe z całego managementu doświadczenie na drillach – Północne, Kaspijskie, Angola - to tak naprawdę on zawiadywał całą tą zabawą. Głównie siedział w biurze w Macae, ale gdy była potrzeba to przylatywał na burtę, bo w sumie Macae leży niedaleko Rio, skąd odlatują helikoptery, a że potrzeba była częsta i duża, to Hugh często tu bywał.

W załodze znalazłem paru innych Polaków i rosyjskojęzycznych Łotyszy, wszyscy oni pływali jeszcze na statku przed jego konwersją w Singapurze, gdzie został przebudowany z tradycyjnego dużego tankowca na FDPSO – ‘Floating, Drilling, Production, Storage and Offloading’, czyli w skrócie jednostkę produkującą, przechowującą i przekazującą ropę. To ‘D’ zaraz po ‘F’ oznaczające ‘Drilling’, czyli wiercenie, jest też czasami zastępowane przez ‘W’ – tym samym tworząc nowy skrót FWPSO. ‘W’ stoi za ‘Workover’ czyli prace na istniejącym już odwiercie. Ta jednostka, to coś bardzo rzadko spotykanego na morzach i oceanach. Mój statek był dopiero drugą taką jednostką na świecie, połączeniem FPSO z możliwością wiercenia i pracy nad otworem. W zasadzie to do tej pory budowało się albo same statki wiertnicze, zwane potocznie wiertarkami albo drillami, albo same statki FPSO. Także połączenie obu typów jednostek było całkiem nowym rozwiązaniem w przemyśle wydobywczym.

Wracając do załogi, część elektryków, chłopaki z maszyny oraz oficerka to właśnie głownie Polacy i Łotysze, cały catering i pokład to już Brazylijczycy. Jest też paru Szkotów, Anglików i Kanadyjczyków, zwłaszcza na mostku w przeważającej liczbie. Dzięki temu, że jest taka różnorodność i ciągły brak zrozumienia (Brazylijczycy zazwyczaj nic nie rozumieją po angielsku, reszta zaś nic a nic mówi po portugalsku) jest wesoło, śmiesznie i ciekawie, czasami i niebezpiecznie.

Brak komentarzy: