środa, 13 lipca 2011

Sobota, 25 grudnia 2010.

Wachta, wachta i po wachcie. W miarę spokojnie. Dwa helikoptery i statek zaopatrzeniowy Up Safira z 500 metrami sześciennymi paliwa dla nas, który przyszedł o wschodzie słońca, zaś transfer zaczął dopiero przed zmierzchem. Przetrzymali go przez cały dzień, mimo, że byliśmy gotowi już na jego przyjściu aby wziąć paliwo. Ważniejsze rzeczy trzymały załogę na Drill Florze. Okazało się, że paliwo przedostaje się do zbiornika od kondensatora w którym powinien znajdować się tylko gaz. Ten gaz następnie miał iść do flare boomu –wysokiej, samotnie stojącej metalowej wieży-  gdzie był spalany. Zapełnianie zbiornika paliwem powodowało wstrzymanie produkcji, a cieczy nie dawało się tak łatwo wypompować, gdyż pompa służąca do tego celu – oczywiście, bo jakże by inaczej - była wadliwa. Ale tuż przed końcem mojej wachty udało się naprawić i pompę i zacząć transfer paliwa z Up Safiry.

Prawdziwa przygoda zaczęła się jednak tuż po mojej wachcie. Z rozszczelnionego węża paliwowego podczas transferu diesla nastąpił wyciek paliwa do wody. Mniej więcej w tym samym czasie z naprawionego systemu spalania gazu na pokład wydostała się ropa, którą wysokie ciśnienie rozrzuciło małymi kropeczkami po całym statku, nawet skrzydła na mostku i pokład pelengowy ponad, które znajdują się tak daleko jak to możliwe od flare boomu, były pokryte drobnymi plamkami oleju. Chłopaki nie wiedzieli w co włożyć ręce. Up Safire odłączyli, wąż wzięli na pokład i poszli do czyszczenia oleju na dziobie, bo tam najwięcej się go wydostało z flare boomu. Jak to mówią, pod świeczką jest najwięcej wosku!

Brak komentarzy: