Wielka żółta plama zniknęła ze środka ekranu radaru, pozostało jedynie kilka niegroźnych kropek – nastąpiła zmiana pogody. Na lepsze! Grube, deszczowe chmury, które przez ostatnie trzy dni tak nisko przetaczały się nad powierzchnią morza, że radar pokazywał na ekranie jeden wielki obłok żółtego koloru, odeszły. Mimo, że wiatr nie zelżał i wciąż wiało około 30 węzłów, a morze się wcale nie uspokoiło, to jednak, gdy wyszło pierwszy raz od czterech dni słońce i znowu trzeba było zacząć używać przyciemnień do szyb, zrobiło się raźniej na mostku. Ale tylko przez chwilę. Zaraz na początku moje wachty straciliśmy jeden z czterech głównych pędników, ten na rufie z lewej burty, zaś wcześniej tylko niedziałający tunelowy pędnik, teraz zaczął regularnie piszczeń i świecić lampkami alarmowymi. Elektrycy walczyli z tunelowym na mostku, klnąc jak szewcy – tak, tak, to byli polscy elektrycy, a starszy elektryk wiódł wśród nich prym krasomówstwa – zaś mechanicy w siłowni próbowali przywrócić do porządku główny rufowy azymut. Przy tej paskudnej pogodzie, mimo świecącego słoneczka, taka sytuacja wcale nie była nikomu do śmiechu, każda strata kolejnego pędnika mogła sprawić, że statek nie byłby w stanie utrzymać pozycji, co oznaczałoby niekontrolowane dryfowanie oraz nagłe przymusowe odłączenie się od odwiertu i zaprzestanie produkcji. Mechanicy uporali się ze swoim problemem w miarę szybko, izolując jeden z dwóch motorów sterujących, z którego cieknął olej hydrauliczny, i przywrócili życie rufowemu thrusterowi, nie w pełni, bo bez motoru nie był tak samo sprawny, ale jak na nasze potrzeby w zupełności wystarczyło. Natomiast elektrycy walczyli przez cały ranek aż do późnego południa. Bez efektów.
W nocy, tuż przed moją wachtą, inżynierowi specjaliście, udało się w końcu doprowadzić gaz z odwiertu do dwóch z czterech turbin gazowych, które do tej pory pracowały na paliwie ciekłym. Chodziły pięknie przez cały poranek i przed południem zostały podpięte do naszej rozdzielni prądu dając nam dodatkowe źródło zasilania i niezbędny zapas w razie awarii. Te turbiny potrafią działać i na paliwie i na gazie, jednak z powodu złych filtrów, które bardzo szybko się zużywały (prawidłowe filtry powinny mieć przepuszczalność rzędu stu mikronów, nasze miały trzy mikrony, więc zapychały się w tempie ekspresowym), nie mogły chodzić na paliwie ciekłym, zaś system do zasilania gazem wciąż pozostawał tajemnicą i trzeba było inżyniera specjalisty, aby rozpracować jak turbiny mają prawidłowo chodzić. Ale nawet po uruchomieniu okazało się, że nie wszystko jest tak, jak być powinno. Temperatura gazu podawanego do turbin była kilkanaście stopni Celsiusa za niska od nominalnej, zaś zbiornik do grzania gazu nie działał, bo był po brzegi zalany wodą. Jak ona tam się dostała, nie wiadomo. I nie wiadomo było również, czy w momencie alarmu i zaprzestania produkcji i dostarczania gazu, turbiny automatycznie przełączą się na paliwo ciekłe czy też nie. A nieprzerwana ciągłość zasilania była przecież podstawą, abyśmy mogli utrzymać pozycję.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz