poniedziałek, 10 stycznia 2011

Korea, Okpo i okolice.

W Okpo, małym miasteczku rybackim, przytulonym do ogromnej, co do wielkości trzeciej na świecie, stoczni, znajdowało się w promieniu zaledwie jednego kilometra około stu barów, pubów i klubów nocnych. Praktycznie w każdym budynku ulokowanym w centrum, które wyznaczały cztery skrzyżowania głównych, ale niezbyt szerokich lecz za to rozświetlonych mrowiem różnokolorowych neonów uliczek, znajdował się lokal. Część z nich była przeznaczona wyłącznie dla Koreańczyków, lecz akurat te były w zdecydowanej mniejszości, w przeciwieństwie do tych otwartych tylko dla obcokrajowców. Przyczyną takiego niesamowitego przesycenia lokali na tak małej przestrzeni miasteczka był oczywiście duży popyt na miejsca wybitnie rozrywkowego typu. Interes nakręcali ekspatrianci, którzy przyjeżdżali do Okpo z całego świata by nadzorować, budować i odbierać ze stoczni nowokonstruowane statki. Taka potworna ilość klienteli zdrowo eliminowała niezdrową konkurencje wśród lokali, z których i tak spora część, zwłaszcza tych mniejszych i nie zawsze łatwo rzucających się w oczy, opierała swoją popularność na stałych bywalcach.

Wierzcie lub nie, ale mnie nie ciągnęło do tych miejsc. Od samego początku nakręciłem się na bieganie, a jak już raz zaskoczyłem, to nie mogłem przestać i przez pięć dni w tygodniu pierwszą godzinę po pracy spędzałem w górzystym parku znajdującym się za kompleksem apartamentowców, w których mieszkaliśmy. Bieg na szczyt najwyższej góry Guksabong, położony 464 metrów n.p.m., poza weekendami, odbywał się zawsze po zmroku, dlatego nigdy nie ruszałem się bez czołówki. Ponadto brałem ze sobą iPoda, który raczył mnie muzyką lub głoszeniami oraz mały aparat fotograficzny, dzięki któremu udało mi się upamiętnić piękne widoki na oświetlone setkami kolorowych neonów uliczki Okpo malowniczo położonego nad zatoczką, która była otoczona krągłymi wzgórzami. Po jej drugiej stronie znajdowała się rozłożysta stocznia, nocą również mocno, lecz w przeciwieństwie do miasteczka, jednokolorowo oświetlona.

Zdjęcia pięknych pejzaży to nie wszystko co było niesamowite na tej górze. Po drugiej stronie szczytu, na stoku schodzącym do miasteczka Geoje, przy którym znajdowała się konkurencyjna stocznia Samsunga, natknąłem się w lesie na wiele miejsc przypominających groby. Obok kamiennych płyt, przykrytych trawiastą ziemią, stały wysokie cokoły z biegnącymi z góry na dół napisami. Ale że były one wyryte w języku koreańskim, mogę się tylko domyślać, że to były miejsca pochówku. Przy jednym z takich miejsc natknąłem się na wolno biegającego strusia…

Niedługo po przyjeździe, dzięki rozmowie z sekretarką, która jak się okazało była chrześcijanką, jak chyba większość Koreańczyków, udało mi się znaleźć w Internecie informację o dwóch anglojęzycznych lokalnych kościołach. Niestety, wszystkie spotkania odbywały się podczas moich godzin pracy, jedynie wieczorne studia biblijne były w moim zasięgu. Pierwsze, wyłącznie męskie spotkanie, miało miejsce we wtorki w centrum Okpo w Starbuck’s Cafe. Przychodzili tam wierzący pracownicy kontraktowi ze stoczni oraz nauczyciele języka angielskiego, głównie Amerykanie, chociaż był też Szwed, Singapurczyk i Filipińczyk. Fajna paczka ludzi, którzy czytali razem słowo - podczas mojego pobytu w Korei był to piąty rozdział z Rzymian - i je rozważali. Z kilkoma z nich się bardzo zaprzyjaźniłem.
Druga grupka, na która chodziłem, czwartkowa, odbywała się znaczniej bliżej, bo w budynku leżącym naprzeciwko mojego, u stałego pracownika stoczni i jego pięknej Koreańskiej żony. Na tą grupkę przychodzili głównie Filipińczycy, znaczy Filipińskie małżeństwa. Bardzo fajna historia wiąże się z tą drugą grupką domową. Mianowicie, na samym początku mojego pobytu w Korei, okazało się, że pralka w moim apartamencie nie działała, wybrałem się więc do apartamentu pierwszego mechanika, też Polaka, aby skorzystać z jego pralki. Ten mechanik mieszkał, jak się później okazało, w tej samej klatce, co amerykańsko-koreańskie małżeństwo. Gdy przechodziłem koło ich mieszkania na parterze, mój wzrok przykuł napis na ich drzwiach: Family, Friends, Faith (Rodzina, Przyjaciele, Wiara). Ogarnęło mnie przeczucie, że ja kiedyś przekroczę próg tego mieszkania. To było tak silne, że na wszelki wypadek, w drodze powrotnej, zatrzymałem się jeszcze raz przy ich drzwiach. Miałem to samo uczucie.
Dzięki znajomościom zawartym podczas grupek biblijnych poznałem dużo innych fajnych osób z którymi naprawdę miło spędzałem czas. Na przykład grupka małżeńska zaprosiła mnie do oryginalnej Koreańskiej restauracji, przed wejściem do której tradycyjnie zostawiało się obuwie, siedziało na podłodze, a jedzenie było przygotowywane na bieżąco, na tym samym długim stole, przy którym siedzieli wszyscy goście. Było wesoło i smacznie, zaś najfajniejszym było to, że poznałem ciekawych ludzi i ich zwyczaje w miejscu, do którego bym się raczej sam nie wybrał.
            Zostałem też zaproszony na domową kolację, przyrządzoną dla kilku znajomych z grupki wtorkowej przez wierzącą nauczycielkę z Ameryki. Podczas tego posiłku zapoznałem się z dwoma młodymi chłopakami z Meksyku, którzy pracowali na stoczni w tym samym budynku co ja (jednego z nich, tego wyższego, widziałem już wcześniej biegającego w parku– mijając się powiedzieliśmy sobie nawet ‘hi’). Uczestniczyli w projekcie budowania dwóch pływających platform wiertniczych, La Muralla IV oraz Bicentenario,  dla Meksykańskiego Pemexu. Te dwie jednostki były siostrzanymi konstrukcjami zbudowanej rok wcześniej dla mojej firmy platformy Victoria.
            Podczas spotkań z ludźmi z grupek, dowiedziałem się dużo o życiu codziennym tych, którzy zakotwiczyli w Okpo na dłużej, gdzie i co najlepiej kupować, gdzie jadać, na co zwracać uwagę. Większość nowopoznanych osób była nauczycielami języka angielskiego, które przyjechały do Korei na roczne lub dwuletnie kontrakty i które zdążyły już poznać lokalne życie od podszewki, toteż najciekawsze dyskusje dotyczyły koreańskiego sposobu myślenia, koreańskiego pojmowania świata oraz koreańskiej metody na życie jakże różnej, a zarazem podobnej do naszej. Ale nasze dyskusje nie tylko toczyły się wokoło Korei. Dowiedziałem się również o pracy misjonarzy i prześladowaniach chrześcijan w Chinach oraz o wyprawie na najwyższą górę Japonii, Fuji.

Jednym z najciekawszych wydarzeń w którym uczestniczyłem podczas mojego czterotygodniowego pobytu w Okpo, był koncert Koreańskich bębnistów (bębniarzy?) zorganizowany w operze znajdującej się w Centrum Kultury – Geoje Art Centre, w miasteczku Jengsungpo leżącym po drugiej stronie stoczni. Występ, na który udałem się pieszo zaraz po pracy, był po prostu fantastyczny. Usłyszeć tylu bębniarzy tłukących w swoje bębny na raz, to jest przeżycie, które zostaje w pamięci na długie lata. Bardzo miłą rzeczą była intencja, która przyświecała organizacji tego występu. Ten koncert był zorganizowany na rzecz pobliskiego domu pomocy dla dzieci i dorosłych umysłowo niepełnosprawnych i duża część widowni oraz kilku bębniarzy było opiekunami tego ośrodka. O koncercie dowiedziałem się oczywiście od moich wierzących znajomych, którzy też się tam wybierali. Ale kiedy ja tam dotarłem, okazało się, że ci którzy mieli przyjść nie przyszli, za to pojawili się inni, jeszcze przez mnie niepoznani, ale którzy o mnie słyszeli i mnie rozpoznali. Dzięki Bogu, bo przyjechali samochodem. Po koncercie pojechaliśmy do restauracji w centrum Okpo, w której amerykańscy nauczyciele organizowali cotygodniowe wieczory rozmów angielskich dla wszystkich tych, którzy chcieli podciągnąć się w konwersacji. Spędziliśmy ekstra czas razem.
            Przy okazji miasteczka Jengsungpo, w którym odbył się koncert, wspomnę, że znajduje się tam bardzo dobra restauracja o nazwie Meat Rak, godna polecenia każdemu, kto będzie znajdował się w okolicy. W przeciwieństwie do większości restauracji przez mnie odwiedzonych, tam serwuje się głównie delikatne i drobno pokrojone mięso, które samemu przyrządza się na palnikach umieszczonych na każdym stole. Przygotowanie swojego posiłku, zależy więc od zdolności kulinarnych każdego klienta, co sprawia strasznie dużo radochy, zwłaszcza, że nie używa się tam noży jeno nożyczki. Płaci się tylko raz, za wejście, zaś dużym wyborem, i nie tylko mięs, można kosztować się do woli.

I tym wspomnieniem mojej ulubionej restauracji zamknę część koreańską bloga. Zapewne można by jeszcze wydobyć z pamięci i przelać na klawiaturę wiele wspomnień z życia spędzonego w Okpo czy pracy na stoczni. Jeżeli dane mi będzie tam wrócić, to z pewnością nie omieszkam dokładniej zagłębić się w temat Korei. Tymczasem czas zacząć umieszczać wpisy, które w dużej części są już gotowe, z mojego pobytu na kolejnym statku na Brazylii.

Gdyby mnie się ktoś zapytał o jakieś negatywne wspomnienie z Korei to rzekłbym: Koreańczycy, proszę, na miłość Boską, przestańcie szurać nogami!

Korea, Okpo i okolice - zdjecia.

Grupka czwartkowa...

...i wspolny posilek w koreanskiej restauracji.

Home party - czesc chlopakow jest z grupki wtorkowej.

Moja ulubiona restauracja w okolicy - Meat Rak.

Lesne groby...

...i ich straznik.

Maly port rybacki Jengsungpo w ciagu nocy.

Maly port rybacki Jengsungpo w ciagu dnia.

Poplatane z zaplatanym. Proba rozwiazania wezla gordyjskiego przy tym metlkiu to byl pikus.
  
Taniec bebniarzy.

Stocznia noca.

Oraz konkurencja - Samsung po drugiej stronie wyspy.

piątek, 31 grudnia 2010

Z Korei ciąg dalszy - ale już nie z Korei :-)

Zapuściłem się w niepisaniu. To fakt. Ale po mojej stronie stoi z kolei inny fakt, którym jest zlewający się w jeden, nieróżniący się prawie niczym od poprzedniego, niepostrzeżenie upływający dzień za dniem. Praca – bieganie - spanie (jedzenie, w większym lub jeszcze większym stopniu też gdzieś się tam odbywa pomiędzy tymi trzema, ale że jest ono nieregularnie ciągłe, toteż nie zasługuje na wzmiankowanie). Więc w miarę możliwości można nadrobić, dogonić ubiegłe wspomnienia, cofając się jedynie do kilku ostatnich dni. Gdyż te wszystkie wcześniejsze wyglądały podobnie (te kilka ostatnich dni, o których tu mowa, upłynęło ponad miesiąc temu – słowa te właśnie edytuję będąc już na drugim końcu świata na zupełnie już innym statku ostatniego dnia roku – może mi się uda ukończyć ten wpis zanim zacznie się nowy rok).

Ale wracając do topiku, czyli mojej pracy w Korei, to muszę z zachwytem stwierdzić, że stocznia Daewoo Shipbuilding and Marine Engineering, w skrócie DSME, trzecia pod względem wielkości na świecie (dwie pierwsze znajdują się też w Korei, jedna nawet na tej samej wyspie) rzuca na kolana ogromną ilością niesamowitych rzeczy. Wszystkich tutaj nie da się opisać, postaram się natomiast przybliżyć trzy może cztery, które mnie najbardziej utkwiły w pamięci.

Przede wszystkim rozmach i ogrom, z którym człowiek się spotykał zaraz po przekroczeniu bramy wjazdowej na teren stoczni, kiedy to mrowie stoczniowych autobusów zwoziło setkami pracowników z pobliskich miejscowości. O porannych i wieczornych godzinach, kiedy to zaczynał i kończył się dzień pracy, te autobusy królowały na okolicznych drogach. Ale po przejechaniu przez bramę, trudno było się domyśleć, że jest się już na terenie stoczni. Najpierw jechało się wzdłuż ciągów budynków biurowych, następnie różnych magazynów i warsztatów, a dopiero po którymś zakręcie autobus wyjeżdżał na drogę prowadzącą obok niezabudowanych rozległych betonowych powierzchni, gdzie składowano gotowe stalowe sekcje statków. A nad tym otwartym magazynem stalowych klocków, z których później składano całe statki, górowały wysokie krany i potężne dźwigi. Przy nadbrzeżach zaś stały zacumowane kadłuby statków, niektóre z nich prawie na ukończeniu, inne właśnie zostały zwodowane. A nad każdym z nich poruszały się wysokie, wyższe od statków, stalowe żurawie, które nie ustawały w transportowaniu części i sprzętu na pokłady budowanych jednostek. Jednak największe dźwigi znajdowały się na wodzie, na masywnych, pływających barkach, które potrafiły unosić z nadbrzeża całe nadbudówki i instalować je na kadłubach statków. Barki te były przemieszczane za pomocą holowników, zaś w ostatecznej fazie operacji opuszczania, kiedy jest wymagana szczególna precyzja, bardzo dokładnie pozycjonowały się same przy pomocy swoich wcześniej rzuconych kotwic i lin cumowniczych przymocowanych do nadbrzeża lub innych jednostek. Statki budowano również w czterech wielkich suchych dokach oraz kilku pływających. Te pierwsze wyglądały jak potężne baseny leżące tuż nad wodą od której dzieliła je tylko ruchoma śluza. Mogły pomieścić na raz kilka jednostek i kiedy prace nad nimi miały się ku końcowi, doki napełniano wodą i nowe statki odholowywano i cumowano do nadbrzeży. Statki konstruowano też na pływających dokach, które z kolei zanurzano, gdy projekty były na finiszu. Infrastruktura tej stoczni była niesamowita.
Nasz ofis był ulokowany w budynku biurowym MO#2, który leżał prawie dokładnie po przeciwległej stronie od miejsca, gdzie znajdowały się apartamenty, w których spaliśmy. Po stoczni poruszaliśmy się rowerami dostarczonymi w tym celu przez naszą kompanie - był to podstawowy środek transportu wszystkich pracowników stoczni. Nasze biuro od statku dzielił dystans, w zależności od trasy i chęci, dziesięciu do piętnastu minut pedałowania. Carolina, bo tak nazywa się nasza szóstej generacji długa na dwieście metrów wiertarka, stała przycumowana do ostatniego, niedawno postawionego pirsu, przy którym cumowało jeszcze kilka innych statków i platform wiertniczych. Takich pirsów było więcej, wszystkie zostały zbudowane promieniście, wzdłuż półksiężycowego nadbrzeża, w kierunku środka małej, pełnej ruchliwych holowników i pływających dźwigów, zatoczki, zamkniętej od strony morza długim falochronem, przy której rozłożyła się stocznia. Wyprawa rowerowa na drugi koniec stoczni i z powrotem zajmowała ponad godzinę.

Drugą rzeczą zapadającą w pamięć jest organizacja. Do zbudowania takiej ilości przeróżnych typów statków i okrętów nie wystarczy jeno historia, pasja i Solidarność. Tu trzeba czegoś więcej. Od momentu rozpoczęcia projektowania, poprzez cięcie stali, spawania kadłubów, wodowania i uzbrajania statków, wszystko dzieje się zgodnie z planem, wszystko jest na miejscu i o czasie. Wydaje mi się, że taką organizację, taki poziom zarządzania i planowania Koreańczycy osiągnęli przed wszystkim dzięki swojej mentalności, swojemu pojmowaniu świata. To nie są jacyś niezwykli herosi pracy, jacyś bohaterowie z azjatyckich bajek, ale zwykli ludzie tak ja ty czy ja, których jednak, w przeciwieństwie od nas, charakteryzuje przede wszystkim pokora (samo słowo pokora tu nie wystarczy, powinienem napisać wielka pokora), posłuszeństwo i oddanie sprawie. Przez cztery tygodnie pracy na stoczni, nie widziałem nigdy aby ktoś na kogoś podniósł głos, ktoś kogoś beształ, napastował, gniewał się. Widziałem zaś ułożenie, organizację i pracę. Wspólną pracę, wspólną drogę, wspólne posiłki. Wśród sprzątaczy, elektryków, spawaczy, kierowców stoczniowej floty autobusów, inspektorów bezpieczeństwa pracy, projektantów, czy kierownictwa. Mrowisko. Zgodnie działające mrowisko świadome swojej wielkości.

Czystość. Jedna z wielu rzeczy, którymi zachwycaliśmy się my wszyscy, kontraktowi pracownicy z krajów Europy, Ameryki, Południowej Afryki, czyli z krajów powszechnie uważanych za schludne. (Pracownicy kontraktowi w języku angielskim określani się jednym słowem – expatriates, po polsku to będą ekspatrianci). Na statku, w magazynach, w biurach, na drogach, po prostu wszędzie był porządek i wszędzie dbano o czystość. Aby utrzymać ten wielki przemysł w takim ordynku służba porządkowa musiała być niesamowicie zorganizowana i sprawna. Drogami stoczniowymi, liczonych w kilometrach, co i rusz jeździły samochody-sprzątaczki, zaś biura, magazyny, warsztaty i statki były codziennie, poza weekendami, sprzątane. Ale to nie tylko dzięki służbie porządkowej było tu jak z innej bajki. Widziałem u wielu zwykłych pracowników stoczniowych niesamowitą dbałość o porządek i czystość własnego miejsca pracy. Na przykład, przed zakładaniem paneli podłogowych w korytarzu na mostku, czyli w miejscu, do którego nikt przez lata nie będzie zaglądał, wybierano pozostałości po spawaniu, z pomiędzy wszechobecnych kabli zbierano plastikowe odpadki, odkurzano brud. W moim osobistym odczuciu to wszystko dawało do zrozumienia, że Koreańczycy mają porządek we krwi. Bo nawet poza stocznią, miasto, hotel, czy park były staranie utrzymane. Podejrzewam, że i pozostałe stocznie koreańskie wyglądały i działały w podobny sposób. A wystarczyło pojechać na stocznie do innego kraju, aby się przekonać o wielkości różnic panujących pomiędzy nimi.

Kultura pracy. Czy jest ktoś z was sobie w stanie wyobrazić aby w polskiej stoczni pracowały kobiety na dowolnych stanowiskach i w dowolnych ilościach, bez żadnych półsłówek, półznaczeń i półgestów ze strony polskich stoczniowych dżentelmenów? (Tak swoją drogą, czy stoczniowy dżentelmen to stwierdzenie samowykluczające się?). Ja, jako przybysz z chrześcijańskiego kraju, gdzie skrętne słowo z języka włoskiego, funkcjonuje w powszechnym użyciu całego narodu jako przecinek, czy to na rodzimej ziemi pomiędzy Bałtykiem a Tatrami, czy też za granicą wszędzie tam, gdzie dotarli moi krajanie, byłem chyba najbardziej zauroczony wzajemnym szacunkiem Koreańczyków do siebie nawzajem. Nie rozumiałem ich języka, ale wystarczyło ich tylko obserwować i z nimi przebywać, by zauważyć, że ten szacunek i wzajemny respekt, jest w użyciu codziennie, obdarzają się nim zawsze, wszędzie i w dowolnych ilościach. Kobiety, a widziałem to na własne oczy na moim statku, sprzątały, malowały i elektryzowały, od mostku aż po zbiorniki balastowe. Spotykałem je wszędzie. A to jest bardzo miłe, gdy jest się świadkiem, kiedy obie płcie potrafią ze sobą, w stoczniowym środowisku pracy, współdziałać. Zwłaszcza, gdy przebywało się, tak jak ja podczas pracy w ofisie, wśród zwierzaków wiertaczy z Wielkiej B., zawsze skacowanych, ciągle opowiadających o dupczeniu, którym głowy wciąż i wciąż urywały szyje, gdy obracały się za każdą przechodzącymi nieopodal nogami nienależącymi do mężczyzny.

A o samym miasteczku Okpo, miejscach i ludziach, opowiem w następnym poście.

Z Korei ciąg dalszy - zdjęcia.


Stocznia. Widok z MO#1 (Main Office #1), blisko bramy głównej.

Widok od strony najdalszej bramy, z górki, na którą zwożono złom i odpadki.

Widok na stocznie od strony miasta, zrobione z autokaru podczas drogi do pracy.

Czystość przede wszystkim.

Pływający dźwig na barce.

Inspekcja zbiornika.

Kobieta pracująca 1.

Kobieta pracująca 2.

Kobieta pracująca 3 (widzisz?).

Kobieta pracująca 4.